facebook
 
LogowanieRejestracja



autor: Łukasz Mijała, ilustracje: google, data wpisu: 2018-09-03

The Cure Pornography


1 maja 1982 roku był dla The Cure przełomową datą. W tym dniu światło dzienne ujrzał czwarty krążek grupy zatytułowany "Pornography". Album uznawany przez fanów za dzieło epokowe, w tym za jedno z największych inspiracji dla Gotów… choć tak naprawdę uznanie tej płyty za dokonanie rocka gotyckiego to duże nadużycie. Mamy tu do czynienia z depresją i mrokiem, ale raczej w wydaniu nowofalowej psychodelii. Z pewnością wielu fanów nie zgodzi się ze mną. Nadmienię jednak, że spór o to, jak duży wpływ album miał na scenę gotycką, trwa do dziś i na pewno nigdy nie zostanie rozwiązany. Dlatego warto przybliżyć chociażby okoliczności oraz historię powstania tej płyty uznawanej za zwieńczenie "mrocznych" lat w historii The Cure oraz depresyjnej trylogii: "Seventeen Seconds"-"Faith"-"Pornography".


kombi tabu

Nie ma znaczenia...

Album nagrywany był przez muzyków przeżywających właśnie totalne załamanie nerwowe, eksperymentujących z alkoholem i narkotykami, pochłoniętych przez depresję. Album zaczyna się słowami: "It doesn't matter if we all die" ("Nie ma znaczenia, że wszyscy umrzemy"). W połączeniu z psychodelicznymi dźwiękami brzmi to naprawdę mocno. Materiał tworzony pod wpływem używek, na krawędzi szaleństwa, w totalnym oderwaniu od rzeczywistości nie mógł brzmieć inaczej. Po latach muzycy sami przyznają, że nie pamiętają wszystkiego z sesji nagraniowej.


Jeśli dodać do tego kłótnie pomiędzy muzykami, to jeszcze łatwiej zrozumieć szaleństwo, jakie bije z "Pornography". Realizator pracujący przy płycie, Mike Nocito stwierdził, że chociaż - Robert był umęczonym artystą, to reszta chyba nie była tak emocjonalnie zaangażowana (2). Podczas sesji, jak również już po wydaniu płyty, zarówno Robert Smith, jak i Simon Gallup uważali, że Lol Tolhurst nie spisał się tu w roli perkusisty (na kolejnych płytach gra na keyboardzie i innych instrumentach), co oczywiście nie podobało się obmawianemu. W wyniku innych nieporozumień Smith i Gallup pobili się między sobą i podjęli decyzję o zakończeniu współpracy. - Miałem zamiar skończyć z tym. Chciałem nagrać ostatnią płytę na odpieprz, a potem The Cure przestałoby istnieć. Cokolwiek bym zrobił dalej, miałbym na koncie jedyne ponadczasowe osiągnięcie z tym zespołem – powiedział Smith o „Pornography” (1).


Intelektualny odmieniec

Psychodeliczne "Pornography" na tle pozostałych premier i wydarzeń w muzyce, jakie miały miejsce na początku lat 80-tych XX wieku, jawi się jako twór z odległego świata. Biorąc pod uwagę kilogramy przyjętych narkotyków (muzycy mieli na ten cel specjalnie przeznaczony budżet) oraz dziesiątki litrów wypitego alkoholu, wcale to nie dziwi. I to wszystko w roku wydania takich albumów, jak chociażby popowe arcydzieło "Thriller" Michaela Jacksona, czy wielokrotnie nagradzane "Toto IV" grupy Toto. W czasie dobrej passy zespołów metalowych: od rodzącego się New Wave of British Heavy Metal, po powstające zespoły w stylu Pantery, Slayera czy Megadeth oraz udane nagrania zespołów death i blackmetalowych (m.in. "Black Metal" Venom).


… No właśnie. The Cure nijak miał się do panującej teraźniejszości. Najbliżej było mu chyba do wydarzenia, które miało miejsce dwa lata wcześniej - kiedy swój żywot postanowił zakończyć Ian Curtis, wokalista Joy Division. Nomen omen Curtis był wielką twórczą inspiracją dla Roberta Smitha. Do tego dochodzą literackie fascynacje. Wrażliwcowi, chłonącemu jak gąbka literaturę wszelkiej maści - od dziecięcych opowiadań, po dzieła surrealistów i egzystencjalistów - musiało to zmienić optykę spojrzenia na otaczający świat.


Strach. Paranoja. Lęk

Płyty The Cure poprzedzające "Pornography" zapowiadały, że warto obserwować tę grupę. „Three Imaginary Boys” ujmuje garażową prostotą. Potem jest jeszcze lepiej. O ile „Seventeen Seconds” - pierwsza część trylogii - zapowiada klaustrofobiczną podróż po autostradzie, to druga - "Faith" - znacznie przybliża nas do mrocznej szosy. Trzecia - "Pornography" - to jej koniec w ciemnym zaułku, z którego nie można tak łatwo się wydostać. Wyobraź sobie, jak może być ciężko, kiedy padł Ci samochód, a Ty nie wiesz gdzie jesteś. Strach. Paranoja. Lęk przed śmiercią. Do tego stopnia, że nawet już za bardzo Cię to nie obchodzi, a jedyne, na co masz jeszcze siły to nieodparta chęć wykopania sobie zimnego grobu. Trochę to potrwa, ale przecież masz czas. Nucisz sobie pod nosem: „wciąż umieramy, jeden po drugim, to trwa już od 100 lat” („One Hundred Years”). Mocne. To tylko jedno z porównań. Każdy pewnie będzie miał inne, równie intensywne doznanie. Musisz jednak wiedzieć, że jeśli wejdziesz w ten mrok całym sobą, zostaniesz tam na dłużej. Uważaj. Spójrz na okładkę. A teraz zdecyduj, czy na pewno chcesz.


Za późno? To wsłuchaj się w ciężkie, przytłaczające bębny, które stanowią tu rolę instrumentu prowadzącego. Rytm jest miarowy, bardzo minimalistyczny. Tolhurst nie był najlepszym perkusistą, jednak – jak twierdzą koledzy zespołu - przy ich współudziale powstało coś naprawdę wybitnego. Powiedzieć, że to monotonne dudnienie – za mało. Depresyjna motoryka – już lepiej. Nie wiedzieć czemu, po latach Smith chciał umniejszyć rolę Tolhursta w powstaniu „Pornography”. Przecież to właśnie perkusja – poza oczywiście zmęczonym głosem i smutnymi tekstami Smitha - ma tu największe znaczenie, dopiero potem posępny bas Gallupa, trupie dźwięki klawiszy, przestrojona gitara itd. Do tego depresyjne teksty lidera pisane w osamotnieniu nocą w wiatraku (sic!) w Guildford oraz w prowizorycznym szałasie zbudowanym w biurach wytwórni Fiction, zawsze pod wpływem narkotyków.


Tak brzmi muzyczna opowieść o pornograficznej rzeczywistości odczuwanej przez lidera The Cure. - Miałem wówczas dwie możliwości – wspominał po latach Smith. - Albo całkowicie dać sobie spokój (naśladując Iana Curtisa), albo nagrać płytę i wyrzucić z siebie wszystko. Cieszę się, że wybrałem nagranie płyty. Łatwo byłoby podwinąć ogon i zniknąć – dodał (3). Na „Pornography” dobitnie słychać ten przejmujący ból.


Już otwierający album utwór „One Hundred Years” objawia nienawiść autora do samego siebie. Smith pokazuje tu totalny brak własnej wartości. Nihilistyczny początek ze słowami "Nie ma znaczenia, że wszyscy umrzemy" to intensywna zapowiedź bezlitośnie ponurej płyty. W następnym utworze „A Short Term Effect” centralnym punktem jest motoryczny riff perkusji, który z chłodną linią basu tworzą idealnie klaustrofobiczną przestrzeń (czy też jej brak) dla odsłaniających najmroczniejsze zakamarki duszy Smitha słów: „Przykryj mnie ziemią/ ubrana na czarno/ statyczna/ blady dźwięk”. I choć pozornie „The Hanging Garden” posiada bardziej żwawy rytm, to wykrzyczane „Fall fall fall fall / Into the walls” daje jeszcze bardziej do myślenia. Posępne „Siamese Twins” jest pieśnią obojętności, totalnym brakiem chęci do jakichkolwiek zmian. W warstwie muzycznej to marsz żałobny – powolny perkusyjny rytm i pojawiające się od czasu dźwięki keyboardu podkręcają tę funeralną atmosferę. („Tańcząc w mojej kieszeni/robaki jedzą moją skórę (…) Zostaw mnie, bym umarł/nie będziesz pamiętać mego głosu”). Funeralny klimat kontynuuje „The Figurehead”, w którym dźwięki gitary nabierają niespokojnej melodyjności. W „A Strange Day” nie brakuje stylistycznej konsekwencji – jednostajny rytm, chłodne brzmienie syntezatora i opowieść o końcu świata. Kolejna niespokojna kompozycja to „Cold”. Jest w niej coś intrygującego. Na wierzch wychodzi syntezator, który koślawo udaje organy kościelne i mroczne elektroniczne dźwięki. W warstwie tekstowej mamy przerażającą pochwałę nicości: „zwinięty jak embrion (...) marzył o płytkim grobie / pomniku zrujnowanego wieku”.


Kulminacyjny moment to totalny jazgot w tytułowym „Pornography”. Pocięte rozmowy i nie zrozumiałe słowa, jakby z głębi kopanego właśnie dołu: "...wszędzie słuchać odgłosy rzezi. Twoje ciało odwraca się, ale jest już za późno. Jeszcze jeden taki dzień jak dziś, a zamorduję cię...". Nagle następuje koniec, cięcie, totalna cisza. Głośna, odbijająca się metaforycznym echem. Tego się nie zapomina. Ciary na plecach zostają jeszcze na długo po odsłuchu. Niech to będzie najlepszą rekomendacją tej płyty.


Bibliografia:

1. Apter Jeff, „Historia The Cure”, In Rock, Poznań 2006. (1, 2, 3 + tłumaczenie tekstów)


2. Filipowski Robert, „The Cure. Wyrazić siebie”, Teraz Rock nr 2 (60) luty 2008.




powrót do czytelni

Podaj adres mailowy:
Otrzymasz powiadomienia o nowych wpisach

POZOSTAŁE

„HALLO, TU DOBRY ROCK!”, CZYLI „OLDSCHOOL PARTY” JANA BENEDEKA
The Cure Pornography
Tabu – muzyka z werandy
Truck Store Records - Independent Music Hub, kolejny Oksfordzki sklep winylowy
David Bowie „Blackstar”
Nietypowe okoliczności powstania „The Wall”
Piosenki, które zmieniły Polskę, cz. 1
Lady Pank LP1 po latach
Voo Voo – przegląd wybranej twórczości grupy
Genesis Invisible touch
Przedwzmacniacze gramofonowe AUDION PREMIER
FOPP - sklep płytowy w OXFORDzie
Jazz, dwa, trzy… czyli krótki przegląd jazzowych nowości
Sklep VINYLGATE - brama do elektronicznego świata
Diskery, czy podróże w czasie są możliwe?
Oznaczenia jakości płyt wciąż budzą wątpliwości
Audionihilzm czy audiofilizm?
Jak rozpocząć przygodę z gramofonem?
Trzy ważne typy gramofonów
The Beatles Hard Days Night - porównanie wydań


WASZE KOMENTARZE
Nick Data wpisu Opinia