facebook
 
LogowanieRejestracja



autor: Michał Kantowicz, ilustracje: google, data wpisu: 2018-07-02

Ponowny debiut Lady Pank


Od jakiegoś czasu nosiłem się z zamiarem napisania paru słów n.t. debiutanckiej płyty zespołu Lady Pank. Od jej premiery w czerwcu 1983 r. minęło bowiem 35 lat i chciałem o niej jakoś przypomnieć – i nagle proszę jaka niespodzianka! Lady Pank z okazji rocznicy nagrał swój debiutancki album ponownie, tylko że tym razem z udziałem gości na wokalu. I wrażeniami z odsłuchu tej płyty chciałbym się podzielić. Przedtem jednak mały rys historyczny.

NARODZINY GWIAZDY

Liderem i założycielem Lady Pank jest gitarzysta Jan Borysewicz, znany wcześniej z zespołu Budka Suflera, dla którego skomponował takie piosenki jak „Nie ma końca tej podróży”, „Bez satysfakcji” czy „Nie wierz nigdy kobiecie”. Ta ostatnia dała Borysewiczowi, wtedy już bardzo sprawnemu gitarzyście, wiarę we własne siły kompozytorskie. Jednak w Budce Suflera nie mógł rozwinąć skrzydeł, ponieważ jego kompozycje odbiegały nieco stylem od twórczości zespołu. Dlatego Borysewicz, również za sugestią tekściarza Andrzeja Mogielnickiego, w 1981 r. opuścił Budkę by realizować własny projekt, którego na początku obaj byli liderami. Pierwszą piosenkę „Mała Lady Punk” z tekstem Mogielnickiego i ze swoją charakterystyczną „nowofalową gitarą”, Borysewicz nagrał przy okazji sesji do płyty Izabeli Trojanowskiej pt. „Układy”. Ten kawałek określił brzmienie i nazwę przyszłego zespołu. Wówczas na perkusji zagrał Andrzej Dylewski, a na gitarze i na basie Jan Borysewicz (wbrew temu co się twierdzi, że na basie zagrał Wojciech Bruślik). Nie był to jeszcze ten skład Lady Pank, o którym usłyszała cała Polska. W zasadzie żadnego zespołu jeszcze nie było, była tylko nazwa, Borysewicz i Mogielnicki.

W końcu zaczęły się poszukiwania muzyków. Po kilkakrotnych zmianach składu zespół wreszcie okrzepł i 1982 roku przystąpił do nagrywania swojego debiutanckiego albumu. I tak oprócz Jana Borysewicza w Lady Pank znalazła się znakomita sekcja rytmiczna, czyli Paweł Mścisławski na basie i perkusista Jarosław Szlagowski, którzy zostali „wzięci” z Oddziału Zamkniętego. Dołączyli także gitarzysta Edmund Stasiak znany z blues-rockowego Easy Ridera, oraz wokalista z głosem o wysokiej skali Janusz Panasewicz (Był już wcześniej w pierwszym składzie i wykonał „Minus 10 w Rio”, ale dopiero w ‘82 dołączył na stałe).

Od momentu, w którym ustalił się ten skład, Lady Pank bez wahania można nazwać polską supergrupą lat 80., ale nie tylko ze względu na skład osobowy i warsztat muzyków. Kluczowe są tutaj piosenki Jana Borysewicza, który wreszcie rozwinął skrzydła jako kompozytor.

W tamtych latach od nagrania płyty w studiu do jej wydania czekało się przynjamniej rok, dlatego zespół, chcąc mieć propozycje koncertowe, dawał kolejne single do radia jeszcze zanim cały album ujrzał światło dzienne. I tak Lady Pank między rokiem ‘82 a ‘83 zawojował radiową Listę Przebojów Trójki Marka Niedźwieckiego, na której aż siedem kawałków z debiutanckiej płyty stało się numerem jeden jeszcze przed jej wydaniem. To właśnie dało Lady Pank zaproszenia na koncerty i m.in. do udziału w prestiżowym Krajowym Festiwalu Piosenki Polskiej w Opolu. Sama płyta w momencie wydania zyskała status złotej (W pierwszym rzucie sprzedało się ok. miliona egzemplarzy). Co ciekawe, gdy krążek pojawił się już na rynku, niektórzy uznawali go za składankę największych przebojów, a nie za pełnokrwisty album studyjny.

POWSTAWANIE DEBIUTANCKIEGO ALBUMU

Jak powiedział sam Borysewicz w wywiadzie dla radiowej „Jedynki”: „Piosenki powstawały bardzo szybko od momentu, kiedy zdałem sobie sprawę, że mogę komponować. Wcześniej (tj. w okresie Budki Suflera) chciałem tylko grać na gitarze, ale kiedy skomponowałem „Nie wierz nigdy kobiecie” i zobaczyłem, że potrafię [...] to mi dało do myślenia, że oprócz grania mogę dodatkowo robić coś innego. Tak więc kiedy już ruszyłem z komponowaniem, to te numery posypały mi się jak z rękawa”.

Tak że przebojowość swojego debiutu Lady Pank zawdzięcza przede wszystkim swojemu liderowi i kompozytorowi. Ważne są też oczywiście interpretacje wokalne Janusza Panasewicza.

Borysewicz od początku nie miał zamiaru śpiewać. „Wtedy to było dla mnie zbyt duże obciążenie, żeby myśleć o śpiewaniu i absolutnie byłem nastawiony na to, żeby był wokalista”. Jednak ze względu na to, że Panasewicz nie radził sobie wokalnie z kompozycją „Wciąż bardziej obcy” i jego głos kompletnie do niej nie pasował, zaśpiewał ją Borysewicz.

Płyta była nagrywana w studiu na Warszawskim osiedlu Wawrzyszew. Nagrania trwały około miesiąca. Niepoślednią rolę spełniał przy nich tekściarz Andrzej Mogielnicki, który szczególną uwagę zwracał na dykcję wokalisty, a co za tym idzie na czytelność słów. W końcu Lady Pank to było także jego „dziecko”. Co ciekawe jakiś czas później Panasewicz otrzymał wyróżnienie dla wokalisty m.in. za dykcję.

Album zatytułowany po prostu „Lady Pank” pojawił się na rynku 20 czerwca 1983 roku.

REMAKE „LADY PANK”

Po 35 latach Jan Borysewicz zdecydował się nagrać „Lady Pank” ponownie, tylko tym razem z udziałem innych wokalistów. Płyta otrzymała tytuł „LP1” co może oznaczać „Lady Pank 1” lub po prostu „Longplay 1”, czyli pierwszy album długogrający. Okładka płyty jest stylizowana na miękkie opakowanie winyla, lecz album jest dostępny wyłącznie na CD. Oczywiście zespół zagrał w obecnym składzie – z Krzysztofem Kieliszkiewiczem na basie oraz Jakubem Jabłońskim na perkusji.

Remake płyty brzmieniowo jest prawie taki sam jak oryginał. Zespół zawdzięcza to producentowi Wojciechowi Olszakowi, który nalegał aby pozostać przy dawnym brzmieniu – użyto tych samych efektów gitarowych i podobnej techniki nagraniowej. Wojciech Olszak na potrzeby remake’u zakupił oryginalny sprzęt na jakim była nagrywana pierwsza płyta. Wystąpił także na płycie jako klawiszowiec.

Album z pewnością brzmi bardziej współcześnie z powodu miksu i lepszych warunków nagraniowych, ale muzycznie duch oryginału został zachowany. Wprowadzono niewielkie zmiany aranżacyjne, ale raczej stanowią one pewien smaczek niż rewolucję w brzmieniu. Tak więc świeżość remake’u „Lady Pank” polega bardziej na nowych interpretacjach wokalnych, niż na drobnych modyfikacjach aranżacyjnych. Czas najwyższy te nowe wykonania omówić.

PIOSENKI

Kolejność piosenek jest dokładnie taka sama jak w oryginale. Z góry uprzedzam, że w tej chwili będę słuchał płyty po raz pierwszy i dzielił się swoimi spostrzeżeniami na gorąco. Tak więc proszę wybaczyć, jeżeli komuś moja subiektywna ocena wyda się krzywdząca, czy niesprawiedliwa. Trzy-cztery – słuchamy:

Album otwiera „Mniej niż zero”, z identyczną zagrywką na początku, jak w oryginale. Ma się wrażenie, że wszystko co będzie później, również zabrzmi po staremu. Tymczasem „wita nas” wokal starszego o 35 lat Janusza Panasewicza, a zaraz po nim po kolei występuje większość zaproszonych na płytę gości – Grzegorz Markowski, Tomasz Organek, Kasia Kowalska, Piotr Rogucki i Krzysztof Zalewski. Pewnym zaskoczeniem jest solówka zagrana na akordeonie przez Marcina Wyrostka. Fajna, z ogniem, lecz mnie do takiej rockowej, zadziornej piosenki jakoś nie pasuje. Na szczęście drugą jej część przejmuje już gitara Borysewicza i wszystko jest tak, jak być powinno.

„Kryzysowa narzeczona” – Riff brzmi identycznie jak w oryginale. To, że jest to nowsza wersja tej piosenki zdradza jedynie nowocześniej brzmiąca perkusja. Wchodzi głos Tomasza Organka i ... nie słyszę tej charyzmy i ironii, z jaką w oryginale śpiewał Panasewicz. Jest w głosie pewien zadzior, ale jest to raczej maniera niż charyzma. Wolałbym żeby tę piosenkę zaśpiewał np. Grzegorz Markowski. Wykon Organka mnie nie porywa. Może też dlatego, że wokal jest zbyt schowany w miksie, przez co nieco gorzej się przebija, ale przede wszystkim jego wokal jest zbyt gładki do piosenki w tym stylu.

„Fabrykę Małp” śpiewa Krzysztof Zalewski z właściwym sobie metalowym zaśpiewem. Miejscami głos lekko mu się łamie, ale daje radę. Śpiewa z trzewi i z charyzmą, co słychać zwłaszcza w środkowej części piosenki, gdzie pokazuje jak wysokie nuty potrafi wyciągać. Nie jest to jednak żadna popisówka, tylko ciekawe przełamanie. Końcówka to prześmiewczo zaśpiewane „lalala” zamiast „aaaa” znanego z pierwotnej wersji. Podoba mi się ten wykon. Ponoć Zalewski dwa razy podchodził do nagrania. Przyłożył się i to słychać.

„Pokręciło mi się w głowie” wykonują Lech Janerka i Janusz Panasewicz. Solówka, która wchodzi w 37 sekundzie nie ma takiej mocy jak w oryginale – jest zbyt gładka. Zwrotki śpiewa Janerka, refreny Panasewicz i to z większym wygarem niż zaśpiewał to pierwotnie. Klimat typowy dla Lecha Janerki i jego zespołu Klaus Mitffoch, a jednak odnoszę wrażenie, że Janerki jest tam za mało – częściej słychać Panasewicza.

„Dudu”, podobnie jak w oryginale, śpiewają Borysewicz z Panasewiczem, ale refren nie ma już takiego poweru, bo chórek jest bardziej wtopiony w podkład, podobnie jak ozdobna refrenowa gitarka. Jest za to wyrazista, bardziej rozbudowana solówka na saksofonie (zagrał ją Marcin Nowakowski) i też saksofon kończy utwór, bawiąc się melodią. W oryginale piosenkę kończyła jedynie sekcja rytmiczna.

„Zakłócenie porządku” to bardzo dynamiczny kawałek instrumentalny, który muzycy wykonali niemal identycznie. Od oryginału różni się jedynie bardziej nowoczesną produkcją. I tak jak na debiutanckim albumie jest to dobry wstęp do „Zamków na piasku” w wykonaniu Kasi Kowalskiej.

„Zamki na piasku” mają nieco wzbogacony główny riff, który słuchaczom, którzy przywykli do oryginału może z pierwszym przesłuchaniem trochę „uwierać” (po trzecim odsłuchu przestał mi przeszkadzać). Kasia Kowalska śpiewa z charyzmą, jednak odnoszę wrażenie, że na tę piosenkę ma jej trochę za mało. Może dlatego, że jej głos jest zbyt „schowany” w miksie, a może dlatego, że swego czasu zasłuchwiałem się wykonaniem Panasewicza, który zaśpiewał to ze sporym „bezczelem”. Nie wiem. Kobiecy wykon zwykle jest delikatniejszy. Na koniec kawałka Kowalska śpiewa z solówką unisono co jest bardzo w jej stylu i stanowi w piosence fajną innowację.

„Wciąż bardziej obcy” – z początku zagrany z ciut inaczej brzmiącą gitarą, ale wciąż jeszcze oddającą ducha oryginału. Jednak zmienia się on całkowicie gdy pojawia się głos Artura Rojka. Rojek śpiewa delikatnie, miejscami falsetem, z pewnym wycofaniem (Jan Borysewicz śpiewał to bardziej zdecydowanie). Do wokalu Rojka dodano pogłos, co czyni go jeszcze bardziej wycofanym i eterycznym. Idealnie pasuje to do tematu piosenki, jakim jest wyobcowanie. Kto lubi Rojka i atmosferę jaką wytwarza swoim wokalem, ten posłucha tej piosenki z przyjemnością. Końcówka utworu jest także nieco inna. Wieńczy ją rozbudowana solówka na gitarze. Jest to pierwsze wykonanie na płycie, które do starego materiału naprawdę wniosło coś nowego. Duże pozytywne zaskoczenie. Moim zdaniem z tym wykonem „Obcy” zyskał nowe oblicze i drugie życie.

„Vademecum Skauta” śpiewa Piotr Rogucki – aktor i wokalista zespołu Coma. Rogucki śpiewa z charyzmą i aktorskim sznytem. Refren miejscami wychodzi mu fajnie, ale przeszkadza mi ta jego aktorska maniera. Momentami przerysowuje wokal ironicznie się wydzierając, ale nie jest to ta sama ironia i bunt, jakie było słychać w oryginalnym wykonaniu Panasewicza. Czy to dobrze czy źle, to już rzecz gustu, ale faktem jest, że z czasem popisy Roguckiego w tej piosence zaczynają męczyć. Oczywiście nie mam do niego pretensji. Z tego co wiem chciał zaśpiewać jakąś inną piosenkę z tej płyty, ale była już „zajęta”.

„Moje Kilimandżaro”, czyli de facto numer o kacu, został zaśpiewany zachrypniętym głosem Grzegorza Markowskiego z Perfectu. Cóż powiedzieć ... Głos dobrze dopasowany do tematu, ale jednak Markowski wypada w tej piosence dość blado. W refrenie prawie go nie słychać. Zagłusza go dźwięczny wokal Janusza Panasewicza. W ogóle odnoszę wrażenie jakby Markowski nie był do końca przygotowany do występu na tej płycie, bo ze wszystkich wokalistów wypadł najsłabiej. W tej wersji „Mojego Kilimandżaro” mamy natomiast ciekawą muzyczną innowację. Pod koniec piosenki, przed ostatnim refrenem wchodzą afrykańskie rytmy. W końcu Kilimandżaro to najwyższa góra Afryki. Na „Moim Kilimandżaro” kończy się regularny materiał z płyty.

Poza regularnym materiałem na remake’u znalazły się także piosenki dodatkowe. Nie mogło oczywiście zabraknąć pierwszego kawałka w historii Lady Pank, czyli „Małej Lady Punk” zaśpiewanej ponownie przez Borysewicza. Później mamy „Tańcz głupia tańcz” w interpretacji Macieja Maleńczuka, natomiast album wieńczy „Minus 10 w Rio” w wykonaniu Katarzyny Nosowskiej.

„Mała Lady Punk” została zaśpiewana przez Borysewicza o wiele lepiej niż w oryginale, bo bardziej drapieżnie. Bardzo fajnie się tego słucha. O ile wokal Panasewicza nieco się zestarzał, wokal Borysewicza pozostał taki sam, a nawet nieco się poprawił.

„Tańcz głupia tańcz” w wersji Macieja Maleńczuka, to kolejne wykonanie, które tchnęło do starego materiału nowe życie. Maleńczuk w hołdzie dla zespołu zmienił tekst z „Boney M. zagrało” na „Lady Pank zagrało”, a swoją interpretacją wokalną nadał piosence nowych kolorów – podobnie jak Artur Rojek „Obcemu”. Maleńczuk zmodyfikował bowiem nieco swoją barwę głosu. Jest to chyba najbardziej przebojowe wykonanie na tym albumie, choć niektórzy mówią, że tembr głosu Maleńczuka jest lekceważący. Rzecz gustu.

Płytę zamyka „Minus 10 w Rio” w wykonaniu Katarzyny Nosowskiej. Gdyby nie podmiot liryczny rodzaju męskiego, można by powiedzieć, że ta piosenka została napisana specjalnie dla niej. Nosowska swoim grunge’owym, chrypiącym głosem całkowicie zawłaszczyła ten kawałek i podobnie jak Rojek z Maleńczukiem tchnęła w stary materiał nowe życie. W oryginale zwrotki śpiewał Jan Borysewicz, a Janusz Panasewicz śpiewał refreny – tutaj całość pociągnęła Nosowska i udźwignęła to znakomicie. Kompozycję przecina trąbka w stylu Milesa Davies’a (zagrał Patrycjusz Gruszecki), a kończy ją solówka i silnie zaakcentowane akordy gitarowe, idealne na zakończenie całej płyty.

PODSUMOWANIE

Muzycznie płyta stoi na bardzo wysokim poziomie, chociaż niektóre akordy czasami wydają się niedopracowane; ale może jest to tylko moje malkontenctwo, wynikające z porównań z oryginałem ... W gitarach użyto też nieco więcej kompresora i jest to prawdopodobnie wynikiem silniejszego brzmienia perkusji, którą dzisiaj miksuje się tak, a nie inaczej, w związku z czym gitary trzeba było do niej dopasować. Jednak, ponieważ materiał muzyczny i tak jest bardzo bliski oryginałowi, ocena słuchaczy będzie skupiała się głównie na wokalach, a te wypadły różnie.

Niektórzy mimo wielkich nazwisk wypadli przeciętnie, inni po prostu solidnie, a jeszcze inni zdefiniowali materiał na nowo, dając piosenkom drugie życie. Niemniej, trzeba pamiętać, że oryginalnie piosenki były tworzone pod wokale Borysewicza i Panasewicza. Zaproszeni wokaliści musieli zatem zmierzyć się z oryginalną aranżacją, nie zawsze pasującą do ich stylu oraz z oryginalną tonacją i nie zawsze mogli wejść na rejestr, który uczyniłby ich głos bardziej dźwięcznym. A jednak wszyscy zaproszeni na płytę goście znaleźli czas i spróbowali. Widać zatem jak wielu wokalistów naszej sceny zna i szanuje Lady Pank.

Uważam, że mimo pewnych niedociągnięć to bardzo udana, ciekawa i inspirująca płyta. Pokazuje ona jak można umiejętnie połączyć przeszłość z teraźniejszością i że dobre kompozycje obronią się w każdej „epoce”. Muzyka rzeczywiście łączy pokolenia – dobra muzyka.

Płyta „Lady Pank” jeszcze przed premierą dała zespołowi wielką popularność i zachęciła go do dalszych działań. Podobnie jest teraz. W wywiadzie dla radiowej Trójki z ust Borysewicza padły słowa, na które czekałem od dawna: „Piosenki nagrane 35 lat temu były nagrane z niesamowitą energią. Bardzo dobrze, że nagrałem tę płytę (tzn. remake), ponieważ okazało się, że już trochę zapomnieliśmy jak się gra z taką energią i w tej chwili planuję nagranie nowej płyty przy współpracy z Andrzejem Mogielnickim i chcemy pojechać tym samym powerem, który był 35 lat temu”.

Myślę, że dla wszystkich fanów Lady Pank to świetna nowina, ponieważ muzycy z biegiem lat na ogół nie słyszą, że stracili na energii. Lady Pank rzeczywiście w ostatnich latach nieco stracili na ekspresji grania i dobrze, że Jan Borysewicz wreszcie to zauważył. Czasem artysta musi spojrzeć wstecz by móc dalej się rozwijać.

Tak że „Lady Pank” to płyta pierwszej młodości zespołu, która teraz być może da mu drugą młodość. I na taką klamrę w ich 35-cio letniej karierze miejmy nadzieję.

Michał Kantowicz



powrót do czytelni

Podaj adres mailowy:
Otrzymasz powiadomienia o nowych wpisach

POZOSTAŁE

„HALLO, TU DOBRY ROCK!”, CZYLI „OLDSCHOOL PARTY” JANA BENEDEKA
The Cure Pornography
Tabu – muzyka z werandy
Truck Store Records - Independent Music Hub, kolejny Oksfordzki sklep winylowy
David Bowie „Blackstar”
Nietypowe okoliczności powstania „The Wall”
Piosenki, które zmieniły Polskę, cz. 1
Lady Pank LP1 po latach
Voo Voo – przegląd wybranej twórczości grupy
Genesis Invisible touch
Przedwzmacniacze gramofonowe AUDION PREMIER
FOPP - sklep płytowy w OXFORDzie
Jazz, dwa, trzy… czyli krótki przegląd jazzowych nowości
Sklep VINYLGATE - brama do elektronicznego świata
Diskery, czy podróże w czasie są możliwe?
Oznaczenia jakości płyt wciąż budzą wątpliwości
Audionihilzm czy audiofilizm?
Jak rozpocząć przygodę z gramofonem?
Trzy ważne typy gramofonów
The Beatles Hard Days Night - porównanie wydań


WASZE KOMENTARZE
Nick Data wpisu Opinia
fabryka małp 2018-07-03 13:00:23 Genialne, wciąż aktualne. Muzyka, wykonanie w oryginale nie do pobicia. Maleńczuk, uliczny grajek i chałturnik powinien bardzo czuć się wyróżniony, że mógł tu zaśpiewać.